„Co dwie brody, to nie jedna. Kompendium wiedzy o zaroście” Aleksandra Woldańska-Płocińska

WP_20170112_13_07_46_Pro.jpg

Ostatnio udało się nam spotkać w dosyć sporym gronie przyjaciół. Niektórzy z nich mieszkają blisko, inni na co dzień przebywają za granicą i nie mamy okazji widywać się zbyt często. Co od razu rzuciło nam się w oczy to fakt,  że w zgromadzonym towarzystwie zarostu nie posiadały jedynie kobiety i niemowlęta – brody rządzą. 😉 W tym kontekście ta niewielka (69 stron) książeczka napisana i zilustrowana przez Aleksandrę Woldańską-Płocińską trafiła do nas w idealnym momencie, jako prezent świąteczny dla mojego (aktualnie brodatego) męża.

Jeśli chodzi o treść to na pewno nie jest to kompendium kompletne, a raczej napisane z humorem i pełne ciekawostek wprowadzenie do tematu, które aż prosi się o odświeżenie
i poszerzenie pewnych wątków. Wyszło bardzo interesująco i chciałoby się więcej!

W czasie lektury uwierał mnie brak wzmianki o coraz liczniejszych w Polsce barber shopach, a właściwie podkreślanie, że usługi golibrodów są mało popularne. I w końcu coś mnie tknęło i spojrzałam na datę wydania – 2011 rok, więc  zagadka potencjalnego niedopatrzenia została wyjaśniona i wybaczona ;). Natomiast jeśli chodzi o ostatni rozdział „Linki” to niestety zdążył się prawie w całości zdezaktualizować. Można by go spokojnie zastąpić obszerniejszym rozdziałem na temat, na przykład pielęgnacji zarostu. Siłą rzeczy mieszkając z brodaczem wiem, że to temat rzeka, a maszynka elektryczna i brzytwa nie wyczerpują zagadnienia.

Ogromne plusy ode mnie za wszelkie odwołania historyczno-kulturowe pokazujące, że kwestia czy nosić zarost czy nie miała o wiele większe znaczenie niż można by przypuszczać, a także za poświęcenie jednego z rozdziałów brodatym kobietom (polecam Wam szczególnie historię niejakiej Julii Pastarny).

Na koniec absolutny hit i drugi, największy atut tej książki – ilustrowana klasyfikacja rodzajów zarostu. Zresztą zerknijcie sami:

wp_20170119_12_08_10_prowp_20170119_12_08_18_prowp_20170119_12_08_44_pro

 

Petr Stančík „Młyn do mumii”

wp_20170112_12_37_40_pro

Zdarza mi się kupować książki z polecenia znajomych, po przeczytaniu wywiadu z autorem, albo wysłuchaniu audycji radiowej, ale przypadek „Młynu do mumii” to chyba pierwszy raz, kiedy zdarzyło mi się kupić książkę, nawet nie dla samej okładki a dla jednej linijki z blurba: „Mistyczny porno-gastro thriller z XIX wiecznej Pragi”. W sumie po takim „wstępie” zupełnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać w środku. Już po lekturze jedyne dość dalekie porównania jakie mi się nasuwają to „Rękopis znaleziony w Saragossie”
i „Przygody barona Munhausena”, czyli trafiłam na książkę, którą bardzo ciężko mi jakkolwiek sklasyfikować.

Akcja powieści toczy się głównie na ulicach dziewiętnastowiecznej Pragi, w gospodach
i burdelach czeskiej stolicy. Czego tutaj nie znajdziemy… tajne stowarzyszenia, spiski, morderstwa, niezwykłe wynalazki, romans,  pościgi, spotkania z duchami, podróże poza kontynent i dziwaczne potrawy. Generalnie, jednym słowem książka szalona, chociaż zaczyna się jak kryminał od trupa ukrytego pod praskim brukiem. Ofiarą okazuje się listonosz, a zagadkę jego śmierci ma rozwiązać komisarz Durman. Od czasu do czasu będzie mu pomagał jego przyjaciel „autarkiczny” detektyw Alter i patolog Ogrobiec mający
w zwyczaju ucinać sobie drzemkę na stole w prosektorium.

Nie należy dać się zwieść początkowi, opowieść zaczynająca się jak typowa historia kryminalna szybko staje się pretekstem do prezentacji dziwnych anegdot, (zmyślonych?) zdarzeń czy seksualnych fantazji, a także satyrycznego spojrzenia na politykę i szereg zjawisk społecznych. „Młyn do mumii” to książka zwariowana, w wielu miejscach absurdalna i prześmieszna, parodiująca wiele klisz i gatunków literackich.

Wracając do hasła promocyjnego na okładce, czy zawartość przystaje do opisu?  Mistyczny? OK, zgoda. Porno-gastro – bardzo (z tym, że bardziej gastro niż porno).  Thriller – jak dla mnie tylko w części. Wszystkie wymienione określenia to w sumie tylko hasła, które mogą naprowadzić czytelnika na pewne motywy obecne w książce, ale absolutnie nie należy na ich podstawie tworzyć sobie jakiś twardych założeń, co do tego czego można spodziewać się w treści. Polecam, „Młyn do mumii” na pewno Was zaskoczy i nie pozostawi obojętnymi.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

 

 

Szczepan Twardoch „Król”

wp_20161005_17_54_44_pro_21

Wiele razy zdarza się, że bierzemy książkę do ręki, czytamy notki z okładki po czym okazuje się, że wcale nie dostajemy tego co nam obiecywał tak zwany „blurb”.
Tekst na genialnej okładce najnowszej powieści Szczepana Twardocha nie kłamie.
(Tutaj brawa dla Rafała Kucharczyka za ten projekt! Zresztą i jego poprzednie prace są świetne – rzućcie okiem na okładki książek Orbitowskiego czy Pamuka.) Nie jest to co prawda zwyczajowe polecenie od kolegów i koleżanek po piórze. Tekst bardziej przypomina ogłoszenie na miejskim afiszu zapraszające do dołączenia do niezwykłego widowiska:
„Warszawa. Burzliwe lata trzydzieste XX wieku. Wielokulturowy, podzielony świat u progu drugiej wojny, targany konfliktami narodowymi, politycznymi, społecznymi, religijnymi.
Zwroty akcji, romanse, gwałty, ćwiartowanie ciał, szantaże, przewroty – podszyte przemocą codzienne życie stolicy.”
Ta przedwojenna Warszawa z opisu ożywa na kartach powieści – od śmierdzących zaułków po wnętrza eleganckich restauracji.  Oprócz doskonale odmalowanego tła obyczajowo-historycznego czytelnik dostaje świetny zestaw głównych i pobocznych bohaterów. Ich historie będziemy śledzić głównie oczami Mojżesza Bernsztajna syna ubogiego, żydowskiego krawca, którego ojciec pada ofiarą warszawskich gangsterów.
Skoro jest to opowieść o mafii mamy tutaj całą plejadę postaci jak z dobrego kina gatunkowego.** Jest Kum Kapica, wzorowany na polskim gangsterze Tacie Tasiemce, taki warszawski „ojciec chrzestny”, który zbudował swoją potęgę głównie na wymuszaniu haraczy od kupców na Karcelaku, największym warszawskim targowisku, Radziwiłek  – przebiegły sadysta, Pantaleon – ponury typ od brudnej roboty i przede wszystkim tytułowy „Król” – Jakub Szapiro, prawa ręka Kuma i mistrz bokserskiego ringu – piękny, silny, powszechnie uwielbiany. Czuły ojciec i jednocześnie bezwzględny egzekutor długów.
Obok postaci męskich są też w „Królu” kobiety z nie mniej ciekawymi życiorysami
i wyrazistymi charakterami. Jest świetnie napisana postać Ryfki Kij, burdelmamy i byłej kochanki Szapiro, żona Jakuba – Emilia czy w końcu Anna. Można by napisać więcej, ale  nie chcę nikomu psuć przyjemności z czytania. Dość powiedzieć, że wraz z rozwojem fabuły autor dostarcza nam coraz więcej zaskakujących „puzzli” koniecznych do poznania pełnego obrazu i oceny każdej z tych niejednowymiarowych postaci, ich wzajemnych relacji
i wyborów.

Na wstępie znajdziemy cytat z „Moby Dicka” Hermana Melville „Któż nie jest niewolnikiem?”. Kiedy bohaterom „Króla” przychodzi podejmować decyzje okazuje się, że każdy z nich jest uwikłany, każdy jest niewolnikiem swojego pochodzenia, społecznych zależnośći, czy też swoich pragnień. Wielu z nich przygląda się wtedy wielkie, płonące oko wieloryba unoszącego się nad Warszawą i dla mnie są to jedne z ajpiękniejszych obrazów
w książce.

„Króla” przeczytałam najszybciej ze wszystkich książek Twardocha (lektura zajęła mi dwa wieczory) i była to dla mnie najłatwiejsza w odbiorze i najbardziej „rozrywkowa” książka tego autora.* Znalazły się w niej wszystkie moje ulubione zabiegi pisarskie charakterystycznych dla prozy pisarza. Są wstawki w języku obcym (tym razem opatrzone przypisami), niechronologiczna narracja wybiegająca daleko w przyszłość, żeby przedstawić epilog losów poszczególnych postaci i wreszcie tak jak w „Morfinie” i „Drachu” elementy metafizyczne, przy których jak zwykle autor nie ułatwia i pozostawia interpretację czytelnikom. Zaskoczyło mnie pozytywnie, że zdarzyło mi się w wielu miejscach śmiać i cytować najlepsze fragmenty mężowi. Z jednej strony bardzo się cieszę, że udało mi się kupić „Króla” jeszcze przed premierą podczas Śląskich Targów Książki, a z drugiej odczuwam autentyczną frustrację z faktu, że nie mogę bardziej szczegółowo opowiedzieć o swoich wrażeniach i porozmawiać o najnowszej książce Szczepana Twardocha. Jeśli już macie swój egzemplarz czytajcie szybko, jestem bardzo ciekawa Waszych opinii. Nie muszę już chyba dodawać, że warto, prawda? 🙂

Ocena 5/6

*
>>U w a g a   s p o i l e r !<<
Tak jak w „Drachu” Kostek z „Morfiny” ma w nowej powieści Twardocha „swoje pięć minut” – znowu pyskuje i znowu dostaje w papę. 😀
>>K o n i e c   s p o i l e r a<<

**Na okładce znajduje się informacja, że Canal+ kupił prawa do ekranizacji powieśći, także mocno kibicuję, żeby przedsięwzięcie doszło do skutku i dorównało książce.

Targi książki – niezdecydowani? Przeczytajcie!

photo-1463320726281-696a485928c7.jpg

Dzisiaj ruszyły drugie Śląskie Targi Książki w Katowicach. 27 października starują jubileuszowe, dwudzieste Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. To tylko dwie z podobnych imprez organizowanych w całym kraju. Jeżeli zastanawiacie się czy podobne wydarzenia jest dla Was, wahacie się czy pojechać lub chcielibyście dowiedzieć się więcej na temat tego jak wyglądają targi książki zerknijcie niżej na powody dla których zdecydowanie WARTO wziąć w nich udział.

#1 KSIĄŻKI
Rzadko kiedy można zobaczyć tyle książek w promocyjnych cenach w jednym miejscu. Nie brakuje też stoisk antykwarycznych ze starszymi wydaniami. Dobrze odłożyć odpowiednią ilość pieniędzy i sięgnąć do najgłębszych pokładów silnej woli, żeby zdeklarowanej kwoty nie przekroczyć. Dla mnie targi to idealna okazja, żeby przejrzeć nowości wydawnicze
i zaopatrzyć się w świąteczno-urodzinowe prezenty dla najbliższych.
Uwaga: warto zabrać ze sobą gotówkę. Może się zdarzyć, że bankomaty i terminale płatnicze na miejscu nie zawsze będą dostępne i sprawne. Jeszcze lepiej, zabrać gotówkę, a kartę płatniczą zostawić w domu, niestety to nie gwarantuje, że ustrzeżemy się przed nieplanowanymi wydatkami. Wie o tym każdy komu zdarzyło się pożyczać od znajomych na tę jeszcze jedną książkę, którą koniecznie muszę mieć.

#2 WYMIANA KSIĄŻKOWA
Jeśli nie chcesz pójść z torbami albo obiecujesz sobie, że koniec z kupowaniem bo na półkach brak już miejsca to idealnym rozwiązaniem będzie wymiana książkowa.
W Katowicach akcję organizują Śląscy Blogerzy Książkowi, szczegółowe zasady wymiany znajdziecie tutaj.

#3 AUTORZY
Jeśli targi to również okazja do spotkania z pisarzami i posłuchania o tym co mają do powiedzenia na temat swoich inspiracji, samego procesu tworzenia książki czy prywatnych upodobań i poglądów na bieżące wydarzenia. Pytania z widowni zawsze mile widziane, a same spotkania przebiegają w bardzo sympatycznej i często wesołej atmosferze.
Podrzucam listę autorów i zaproszonych gości, których będzie można spotkać i posłuchać:
– w Katowicach
– w Krakowie

#4 AUTOGRAFY
Po każdym spotkaniu jest czas na podsunięcie ulubionemu autorowi/autorce swojego egzemplarza książki. Przy okazji można wygarnąć nieprzespane noce poświęcone wciągającej lekturze, wypomnieć uśmiercenie ulubionego bohatera lub po prostu wyrazić swoje uznanie dla pracy pisarza. Z doświadczenia, autorzy/autorki nie gryzą, bardzo chętnie odpowiadają na pytania i pozują do wspólnych zdjęć.
Uwaga: przed spotkaniem z najpoczytniejszymi autorami/autorkami dobrze jest przyjść ciut wcześniej i zająć strategicznie położone miejsce siedzące z łatwym dostępem do sceny.

#5 GADŻETY KSIĄŻKOWE 
Oprócz stoisk z książkami można znaleźć stanowiska z szeroko pojętymi gadżetami książkowymi i nie mam tu na myśli słynnej, acz kontrowersyjnej wanny z hydromasażem z zeszłego roku. Zakładki, etui na książki, kubki, biżuteria,  gry planszowe, torby i koszulki  – wszystko to można obejrzeć na miejscu (zdjęcia w sklepach internetowych nie zawsze oddają urok czy jakość wykonania danego przedmiotu) i w przypadku zakupu zaoszczędzić na kosztach wysyłki.

#6 DLA DZIECI
W programie targów nie zapomniano o najmłodszych. Co roku przewidziane są dla nich zajęcia i warsztaty związane z czytelnictwem i książkami. Jeśli chcecie zarazić pociechy miłością do czytania, albo po prostu szukacie ciekawego sposobu na spędzenie weekendu przejrzyjcie program targów pod kątem inicjatyw dla najmłodszych:
Program Śląskich Targów Książki
Dziecięca strefa warsztatowa na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie

#7 KONKURSY
Wystawcy i organizatorzy targów podsuwają sporo okazji do zdobycia nowych książek do domowej biblioteczki, ale nie tylko. W zeszłym roku w Katowicach można było wygrać również wygrać bilety do teatru, a w Krakowie czytniki e-booków. Warto zerkać w ulotki rozdawane na terenie targów oraz czytać ogłoszenia na stoiskach i spróbować swoich sił, z odrobiną szczęścia może się udać. W tym roku przy okazji targów w Krakowie do zgarnięcia 200 książek (przeczytajcie koniecznie – można powalczyć o nagrodę nie wychodząc z domu), w Katowicach warto zajrzeć na stoisko wydawnictwa Granice i dopytać o szczegóły konkursu „Manewry targowe”. Powodzenia! 🙂

Jeśli nadal nie czujecie się przekonani przeczytajcie relację i obejrzyjcie zdjęcia
z zeszłorocznych targów w Katowicach i Krakowie.
Mam nadzieję, że jednak do zobaczenia! 🙂

Jakub Małecki „Dygot”

wp_20160929_11_44_55_pro

Człowiek to jednak przekorna bestia. Im bardziej zachwalano, tym większą warstwą kurzu obrastał „Dygot” na półce. I w końcu przeczytałam, za jednym razem w jedno popołudnie! Nie mogłam się oderwać, autentycznie przejmowałam się losami bohaterów (ludzi i nie ludzi – Konia, który był psem, Psa, który był Koniem i Durnej ♥), a przy ostatniej stronie żałowałam, że to już koniec. Zachwyt byłby pewnie jeszcze większy, gdybym wcześniej nie czytała „Dostatku” Crummeya i „Dracha” Twardocha, bo różne podobne motywy i zabiegi zostały świetnie wykorzystane w książce Małeckiego. I absolutnie nie piszę tego jako zarzut, tak się po prostu złożyło, że na tamte tytuły trafiłam wcześniej. Jeśli czytaliście Małeckiego to lećcie po Crummeya, a jeśli podobał Wam się „Drach” to „Dygot” też powinien przypaść Wam do gustu – nie warto odkładać tej lektury na później.
Ocena: 5/6

PS. Nadal za każdym razem kiedy patrzę na okładkę wydaje mi się, że zamiast tytułu powinno być tam napisane „Vogue”. 😉

„Orkan na Jamajce” Richard Hughes

wp_20160928_07_58_57_pro_22

Zaczęłam czytać tę książkę dawno temu w nieistniejącym już katowickim Empiku obok dworca PKS. Tamte krótkie fragmenty i okładka na tyle nie dawały mi spokoju, że w końcu dużo, dużo później odgrzebałam tytuł z odmętów internetu i zamówiłam. Jak to często bywa Hughes odleżał swoje na regale i w końcu po latach poznałam zakończenie historii rodzeństwa Bas-Thorntonów.
Porównania w przedmowie i recenzjach zestawiają „Orkan na Jamajce” z (dużo późniejszym) „Władcą much”, „Alicją w Krainie Czarów”, czy „Piotrusiem Panem”, ale dla mnie to była książka inna niż wszystko, co do tej pory przeczytałam. Chociaż, nie! Z powodzeniem mogłaby zostać zilustrowana/wymyślona przez Edwarda Goreya. Opowieść Hughesa jest wielu miejscach zabawna, ironiczna, a nawet groteskowa.

„Dla angielskich dzieci Jamajka była rajem; czy także dla ich rodziców, nie wiadomo, zwłaszcza
w tamtych czasach, kiedy życie w Anglii pod żadnym względem nie przypominało życia w dzikiej głuszy. A tutaj trzeba było trochę wyprzedzić epokę lub zostać dekadentem, co zresztą na jedno wychodziło. Na przykład różnice między chłopcami i dziewczynkami należało pozostawić naturalnemu biegowi. Wieczorne poszukiwania kleszczy i gnid w długich włosach ciągnęłyby się
w nieskończoność, Emily i Rachel nosiły więc krótkie czupryny i pozwalano im robić to samo co chłopcom, czyli łazić po drzewach, pływać i zastawiać sidła na zwierzęta oraz ptaki; nawet sukienki dziewczynek miały po dwie kieszenie.”

(Podobnych fragmentów proszących się o zanotowanie jest o wiele więcej, mój ulubiony to chyba kawałek o „dzidziusiowatości” Rachel, trochę za długi żeby go tutaj cytować).
Skoro raj i idylla to nie trwa długo. Serię niefortunnych zdarzeń otwiera tytułowy orkan pustoszący wyspę. Po katastrofie rodzice postanawiają wysłać dzieci do Anglii, ale podróż nie przebiega tak jak zaplanowano – rodzeństwo trafia na okręt piracki. Dzieci nie bardzo zdają sobie sprawę z tego co się wokół nich dzieje, skutecznie wypierają dramatyczne wydarzenia, których są świadkami lub bezpośrednimi sprawcami, próbują tłumaczyć je sobie na swój sposób. Tragiczne epizody zazwyczaj wprowadzane są nagle i zdawkowo
(ot ktoś przypadkiem skręci kark, albo znajdzie się za burtą), innym razem zostają tylko zasugerowane, a przez ten zabieg historia staje się tym bardziej mroczna i niepokojąca
– dodaję do ulubionych na mojej półce.

Sandor Marai „Żar”

WP_20160112_17_48_27_Pro

 

„Generał wyjął pomięty list, starannie wygładził papier i w silnym świetle, z okularami na nosie, jeszcze raz przeczytał proste i krótkie rządki, karbowane literami, które były jak drzazgi.
Czytał z rękoma założonymi do tyłu.

Na ścianie wisiał kalendarz z cyframi wielkimi jak pięści. Czternasty sierpnia. Drugi lipca.
Liczył czas jaki upłynął pomiędzy dawno minionym dniem i dniem dzisiejszym. (…)

Czterdzieści jeden lat, powiedział w końcu ochryple.  I czterdzieści trzy dni.
A więc tyle to trwało.”
(strona 6-7)

Czternastego sierpnia 1940 roku generał otrzymuje list, którego oczekiwał przez ponad cztery dekady. Mężczyzna nakazuje służbie otworzyć nieużywane od lat skrzydło pałacu
i nakryć do kolacji. Wszystko, począwszy od potraw i wina, przez zastawę, błękitne świece
i kwiaty w wazonach, mają być takie same jak pamiętnego drugiego lipca 1899 roku. Generał wie, że chociaż na stole znajdą się się trzy nakrycia, do kolacji zasiądzie tylko on
i tajemniczy nadawca listu.

Marai powoli dawkuje czytelnikowi informacje o tym kogo będzie gościł pałac. Dlaczego do spotkania dochodzi tak późno i co właściwie ma ono na celu?
W oczekiwaniu na wyznaczoną godzinę spotkania odżywają wspomnienia generała.
Starzec powraca myślami do czasów dzieciństwa, gdzie szczególną rolę odgrywa jego niania – jedyna osoba, która tak jak i on pamięta szczegóły tamtej ostatniej, wspólnej kolacji. Mężczyzna rozpamiętuje też wzajemne relację swoich rodziców i przypomina młodzieńcze lata spędzone w Wiedniu. Czyta się te fragmenty jak piękną, smutną baśń o świecie, którego już nie ma. Język pisarza i przedstawiona historia urzeka od pierwszych stron.
W tej opowieści zdania z pozoru nic nie znaczące wyrażają, albo zapowiadają wszystko. Zupełnie jak grymas czy gest, po którym po prostu poznaje się prawdę. Dążenie do poznania prawdy to zresztą jeden z głównych motywów powieści:

„- Dobrze znasz prawdę.
– Nie znam- powiedział głośno i nie przejmował się, że lokaj i pokojówka, na dźwięk jego głosu, przestali układać kwiaty i spojrzeli w górę. Po czym gwałtownie opuścili oczy i wrócili do swojego zajęcia. – Kiedy właśnie prawdy nie znam.
-Ale znasz rzeczywistość – powiedziała niania ostrym, zaczepnym tonem.
-Rzeczywistość to jeszcze  nie jest prawda. – odparł generał.”
(strona 58) 

W głównym bohaterze, u schyłku życia tli się jedynie nieugaszony żar, zdaje się, że nie ma już ognia gwałtownych uczuć. Ani miłości, ani nienawiści. Pozostaje oczekiwanie i pragnienie poznania prawdy.

„Człowiek przygotowuje się do czegoś latami. Najpierw się obraża. Potem pragnie zemsty.
Potem czeka. Już nawet nie wiedział kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie. Wszystko się zachowa, ale będzie bezbarwne, jak te bardzo stare fotografie, które jeszcze utrwalono na metalowej płytce. Światło i czas zmywają z płytki ostre, charakterystyczne zarysy linii. Trzeba obracać fotografią, niezbędne jest też pewne załamanie światła, aby na ślepej metalowej płytce rozpoznać tego, którego kiedyś tam wessała lustrzana tafla. Tak blednie z czasem każda ludzka pamiątka. Ale pewnego dnia skądś pada światło i wtedy znów widzimy czyjąś twarz.” (strona 15)

Jaka jest prawda o wydarzeniach z 2 lipca 1899 i dniach je poprzedzających?
Jaką prawdę odkryje czytelnik w tej historii o wielkiej przyjaźni i miłości, z także i o tym co może się stać gdy harmonia tych związków zostanie zburzona?
Na to pytanie, tak jak generał, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

 

P.S. Sandor Marai, gdyby żył, za popularyzację swojej prozy w zeszłym roku mógłby podziękować Szczepanowi Twardochowi, który o jego „Dziennikach” i twórczości bardzo często wspomina w „Wielorybach i ćmach”. Czytając recenzję zapisków Twardocha nazwisko Marai było odmieniane przez wszystkie przypadki (co nie jest takie proste i poprawcie mnie proszę, jeśli gdzieś strzeliłam gramatycznego babola), miałam wrażenie, że o Maraim (?) wszyscy już słyszeli i wszyscy czytali tylko nie ja! Na szczęście zupełnym przypadkiem wypatrzyłam okładkę „Żaru” na Śląskich Targach Książki i teraz chciałabym przeczytać coś więcej. Będę wdzięczna za rekomendacje 🙂

P.P.S. Jak tylko wykombinuję jak tu zmienić czcionkę w nagłówku na taką z polskimi znakami, tytuł notki przestanie bić po oczach 😉