Jakub Żulczyk „Wzgórze psów”

20604482_557159337741567_6000627115810593444_n

Jak na razie to mój tegoroczny, osobisty rekord w szybkim czytaniu. „Wzgórze psów” zabrało mi dwie doby. Jednym słowem – petarda, ale kiedy już huk wybrzmi i coraz więcej czasu upływa od zakończenia lektury zaczynam mieć problem z jednoznaczną oceną tej książki.

Językowo powieść Żulczyka porwała mnie od pierwszej strony. Klimat małego miasteczka, lokalne i rodzinne patologie, wszystko to zostało bardzo umiejętnie i przekonywująco oddane (do pewnego momentu, ale o tym później, początkowe rozdziały dla mnie mistrzowskie, czytało się ze ściśniętym żołądkiem). „Wzgórze psów” to taka książka, która sprawia, że trudno się oderwać od świata przedstawionego. Za oknem piękna pogoda, w życiu wszystko dobrze się układa, a kiedy wreszcie na moment odkładasz tekst, mentalnie nadal tkwisz w szarym i beznadziejnym Zyborku, czyli rodzinnym mieście głównego bohatera powieści. Mikołaj w wieku 33 lat znajduje się kolejny raz na tzw. życiowym zakręcie i jest zmuszony wyjechać z Warszawy. Na krótko, parę miesięcy – zaklinają rzeczywistość Mikołaj i jego żona Justyna zmierzając w stronę miasteczka. Powrót w rodzinne strony jest o tyle problematyczny, że Mikołaj popełnił kiedyś książkę, w której delikatnie mówiąc obsmarował rodzinne miasto i jego mieszkańców. Dodatkowo na miejscu parze przyjdzie zmierzyć się z despotycznym ojcem Mikołaja, własnym kryzysem małżeńskim i tajemniczymi zniknięciami mieszkańców Zyborka, a to dopiero początek.

Fabuła dość szybko się zagęszcza i trzyma w napięciu. Gdzieś w połowie aż chce się powtórzyć za bohaterami „co tu się jeszcze wydarzy”. A potem odkrywamy kolejne epizody z przeszłości bohaterów (moja ulubiona część to opowieść Mikołaja o jego dorastaniu i ostatnim roku w rodzinnym mieście), główna intryga się wyjaśnia i niestety dla mnie siła opowieści ulatnia się, szczególnie w scenach, które mogłyby się z powodzeniem znaleźć w scenariuszu hollywoodzkiego filmu, ale jak na polskie realia są dla mnie mało wiarygodne (oczywiście wiadomo, że powieść z założenia to fikcja, ale im bardziej prawdopodobna tym lepsza). Pewne rzeczy uwierają, np. to że styl narracji Mikołaja i Justyny są do siebie bardzo zbliżone, w takim stopniu, że czasem podpis na początku rozdziału jest konieczny do rozpoznania czyja to opowieść.

Nie do końca przemawiają też do mnie niektóre postacie i ich motywacje. Irytują ograne rozwiązania i klisze. I tak pisząc tę recenzję w ratach już trzeci wieczór obracam sobie w głowie różne możliwe zakończenia „Wzgórza psów”, uzasadnienia dla zastosowania tego czy i innego chwytu, a mimo to albo nadal mnie nie przekonują albo nie wzbudzają takich emocji o jakie zakładam chodziło. Celowo nie podaję konkretnych przykładów, żeby nie popsuć komuś przyjemności czytania, ale bardzo chętnie podyskutowałabym w komentarzach z kimś, kto już książkę przeczytał. Chyba dla mnie ewidentnie problem leży w tym, że do pewnego punktu książka Żulczyka to taka waśnie oszałamiająca i hipnotyzującą petarda, a pozostała część po prostu jej nie dorównuje. A z drugiej strony tak sobie myślę, że przymykając oko na moje utyskiwania absolutnie warto było przeczytać „Wzgórze” chociażby ze względu na zamęt jaki pozostaje po lekturze i pytania, które prowokuje historia Mikołaja. Bardzo jestem ciekawa Waszego zdania.

P. S Polecam też odsłuchać sobie fragmentu audiobooka dostępnego w sieci, akurat to ostatecznie przekonało mnie do zakupu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s