Philipp Meyer „Syn”

syn

Philipp Meyer w rozmowie z Michałem Nogasiem chwali się, że gruntownie chwali się, że gruntownie przygotował się do napisania swojej drugiej książki. Przyznaję mu rację,
o tyle o ile mogę to ocenić — porządnie odrobił lekcje. Czytając „Syna” ciągle miałam gdzieś z tyłu głowy fragmenty Imperium księżyca. Z przyjemnością odnajdywałam te same ciekawostki i fakty historyczne umiejętnie wplecione w nurt opowieści (książki wpychane do tarcz, indiańskie imiona (nie nie wszyscy mieli szczęście nazywać się Kwiat Prerii.) – lista jest długa). Pokrótce o fabule, Meyer opisuje losy wpływowej, amerykańskiej rodziny McCulloughów (Ben McCullogh, postać historyczna, ranger pojawia się także w „Imperium”), która swoją fortunę zbudowała na handlu bydłem,
a później ropą naftową. Dzieje rodziny poznajemy z perspektywy trzech pokoleń rodu. Książkę otwiera opowieść Eliego, który da początek prominentnej teksańskiej rodzinie, ale zanim to osiągnie, poznajemy go jako chłopca, który w wieku trzynastu lat zostaje porwany przez Komanczów (od razu przychodzi na myśl autentyczna historia Ann Parker). W pasjonujący sposób Meyer opisuje jak Eli radzi sobie w plemieniu, co jednocześnie jest pretekstem do szczegółowego przedstawienia zwyczajów Indian. Rozdział „Bizon” poświęcony polowaniu przypominał mi w swojej drobiazgowości opisy ćwiartowania wieloryba z „Moby Dicka” Hermana Melville. Niektórzy poczytują to za wadę powieści Meyera, ja uważam, że to jeden z najmocniejszych atutów Syna. Opisy mnie nie znużyły, wręcz przeciwnie niecierpliwie czekałam na kolejny fragment opowieści Eliego.
Kolejnymi narratorami powieści jest syn Eliego Peter i jego córka Jeanne Anne. Peter skupia się na burzliwych relacjach McCulloughów z sąsiadami — meksykańską rodziną Garcia, natomiast dzięki Jeanne Anne możemy zobaczyć, jak w tym typowo męskim świecie odnajduje się kobieta.
Z tych trzech opowieści bezdyskusyjnie najbardziej porywająca jest opowieść Eliego. Meyerowi udało się coś, czego zawsze szukam w powieści — przedstawić postacie w taki sposób, że czytelnik żyje ich losami nie tylko w trakcie lektury, ale i długo po dotarciu do ostatniej strony. Oprócz pasjonującej opowieści o rodzinie McCulloughów dostajemy także wiele refleksji nad naturą człowieka, motywacją jego działań i przede wszystkim nad okrucieństwem. Kiedy czytałam „Syna”, ciągle wracał do mnie taki obrazek z książek do biologii: łańcuch pokarmowy, większe zwierze pożera mniejsze, a na szczycie piramidy stoi człowiek. Meyer pokazuje, jak kolejne cywilizacje walczą ze sobą, by w końcu jedna mogła pożreć i unicestwić drugą. Wiemy, kto był przed białym człowiekiem, pytanie, kto przyjdzie po nas?

Podobał Ci się „Syn”? Warto zajrzeć do:
krew_i_burza-tile

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Philipp Meyer „Syn”

    • Naprawdę warto, jeśli temat Cię interesuje. Przede mną jeszcze „Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu” bardziej o pograniczu meksykańskim (czyli też wątek poruszony w „Synu”), udało mi się przeczytać jeden rozdział, zapowiada się też bardzo dobrze.

      Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s